Półmaraton w górach to istne szaleństwo! Nie da się tego porównać z niczym co odbywa się na płaskim asfalcie. Do tego pogoda, samo podłoże trasy … zresztą od początku 🙂

Perły Małopolski to cykl pięciu startów w parkach narodowych – Skała – Ojcowski Park Narodowy, Szczawnica – Pieniński Park Narodowy, Zawoja – Babiogórski Park Narodowy, Kościelisko – Tatrzański Park Narodowy, Rabka-Zdrój – Gorczański Park Narodowy.

Prowadzona jest klasyfikacja generalna z sumy zdobytych punktów podczas każdego z biegów, natomiast medale, które zdobywa się na mecie tworzą jedną całość jeżeli weźmie się udział w całym cyklu biegów. Pomysł bardzo fajny, jednak dostając metalowy krążek do ręki pierwsze co pomyślałem „serio…”. Nie biorąc udziału we wcześniejszych biegach tak naprawdę mam medal z dziurką w środku, bez wstążki więc trzeba go położyć na półce a nie powiesić z innymi zdobyczami ze wcześniejszych biegów, ale to takie moje małe czepianie się 🙂

Co do organizacji – bez zastrzeżeń. Pakiety startowe sprawnie wydawane, jakiś tam napój w środku i sto tysięcy ulotek (w porównaniu z Krynicą i Festiwalem Biegowym no to bardzo słabo, ale tak teraz niestety wyglądają pakiety startowe – napój i stos ulotek + numerek z chipem)

Kilometry były oznaczone, trasa składała się z dwóch pętli tak więc po skończeniu 10 km wszyscy, którzy biegli długi dystans wiedzieli już co ich czeka.

Apropo trasy. Nigdy nie brałem udziału w aż tak ciężkim biegu jeżeli chodzi o profil trasy. Mordercze podbiegi na błocie i kamieniach oraz zbiegi, które odbywały się w lesie naprawdę dawały niezły zastrzyk adrenaliny.

Kilka razy osoby przede mną niestety nie ustały podczas zbiegu i zaliczyły upadek. Krew i brzydkie obdarcia na mecie były normą. Mi na szczęście udało się obejść bez przykrych wypadków, jednak wielokrotnie było bardzo blisko. Zmęczone nogi po 3 kilometrowym pionowym podbiegu – a tak naprawdę podejściu (bo chyba tylko elita biegła – reszta maszerowała szybko) – podczas 2 kilometrowego zbiegu były często bezwładne. Na trasie leżały powalone drzewa, wystające kamienie i bagna po łydki. Nie da się tak naprawdę opisać tego co się działo na trasie – to trzeba było przeżyć.

Jak widać różnice poziomów były spore 🙂

Kiedy byłem 17 kilometrze czyli podczas największych zbiegów zaskoczyło biegaczy oberwanie chmury. Deszcz padał na całego co dodatkowo utrudniło bieg podczas ostatnich kilometrów. Na metę wpadłem przemoczony, ubłocony jak 150, zziębnięty ale zadowolony, że po ponad 1,5 roku przerwy znowu przebiegłem więcej niż 20 kilometrów.

Zająłem 62 miejsce, na 231 śmiałków. Mój czas to 2 godziny 5  minut i 27 sekund, gdzie mój rekord na półmaraton to 1 godzina i 33 minuty – ale po płaskiej trasie.

A teraz trochę zdjęć z tego co działo się na trasie 🙂