Kolejny bieg, kolejne kilometry, emocje, wysiłek, finisz, medal – wszystko można powiedzieć, że wydarzyło się tak jak zawsze… a jednak nie do końca.

Nie myślałem, że kiedykolwiek stojąc na starcie biegu, który nie jest maratonem będę obawiał się czy dobiegnę do mety. Niestety … Czas przyznać się do straconego roku biegowego. Czemu tak się stało, nie mam pojęcia, jednak będę robił wszystko co w mojej mocy, aby bieganie było jedną z ważniejszych aktywności w moim życiu – tak jak dawniej.

81 miejsce na 458 biegaczy startujących na dystansie 15 kilometrów

Bieg w Niepołomicach – nazwany bardzo sympatycznie „bieg w pogoni z Żubrem” odbywa się częściowo w Puszczy Niepołomickiej. Trasa przygotowana bardzo dobrze, organizacja jak dla mnie również na wysokim poziomie. Kilometry na trasie oznaczone były widocznymi flagami, trasa na 8 i na 15 kilometrów także czytelnie zaznaczona. Co najważniejsze pogoda dopisała idealnie, żartobliwie mówiąc była to „pogoda dla … biegaczy” 🙂 nie za zimno, nie za ciepło, bez deszczu, bez mocnego słońca – w sam raz na niedzielne bieganko.

Mniejsza o sam bieg – tutaj niestety przeproszę organizatorów ale skupie się na sobie a nie na ich dokonaniach.

Czasami łatwiej zacząć od zera niż wrócić do czegoś co było

Bieg ten przypomniał mi, jak fantastycznym sportem jest bieganie. Niestety przygotowania do dzisiejszego startu pokazały mi jak łatwo stracić formę po przez zaniedbanie własnego ciała. Oczywiście trenuje z przetrenowanymi, chodzę na siłownie ale jednak bieganie zawsze było moim numerem 1. Moja mama z siostrą (które najserdeczniej pozdrawiam i kocham najmocniej) jakoś w Kwietniu przy wspólnym spotkaniu poruszyły temat mojego niebiegania „A Ty coś ostatnio to nie biegasz. Skończyłeś z tym?” i to był dla mnie jakiś impuls – jak to skończyłem z tym? Ja z bieganiem? haaaa… a i tak potrzebne były kolejne 2 miesiące abym ogarnął się i ubrał moje kochane buty i ruszył w plener. Oczywiście od czasu do czasu biegałem na siłowni, co dziwne, z bardzo dobrymi rezultatami, jednak plener to plener – weryfikuje przygotowanie i aktualną formę.

Co się dzieje w głowie osoby, która nie jest przygotowana, wraca do formy, kiedyś była mocniejsza i zdecydowanie szybsza?

Odpowiem krótko – dzieje się sieczka. To co miałem w głowie na 4 czy 5 kilometrze, nie mówię już o 6 … to masakra. Hasła wpadające do głowy „nie dasz rady” „nie przebiegniesz tego” „kiedyś na 4 kilometrze to zaczynałeś dopiero biec a teraz już umierasz” niestety, jeżeli dopuścimy do siebie takie myślenie to nogi od razu zareagują. Głowa w bieganiu to podstawa. Nie jestem, nie byłem i na pewno nie będę nigdy topowym biegaczem, jednak swoje już przebiegłem, mam nadzieje, że wiele biegów przede mną – ale wiem jedno – jeżeli w głowie powiesz sobie „nie dam rady” no to tak właśnie będzie. Dla porównania przedstawię Wam 3 etapy dzisiejszego biegu.

  • Start – 5 kilometrów21 minut 45 sekund – pierwsze 3 kilometry poleciałem bardzo mocno – pierwszy z tego co pamiętam 4:09 potem 4:13 i chyba 4:15 – potem zaczęło się coraz słabiej jednak czas 21:45 nie jest jeszcze taki zły.
  • 11-15 kilometr – odrodzenie, nogi puściły. Głowa stwierdziła „dasz radę – leć!” i tak się stało. Zdecydowanie poczułem drugie życie – często komentatorzy na biegach Justyny Kowalczyk używali takich określeń, że zawodniczka przetrwała kryzys i nagle dostała nowych mocy. Ja dostałem nowych mocy na kolejne 5 kilometrów. Ostatni odciek pokonałem z czasem 23 minuty i 2 sekundy. Patrząc na to, że miałem w nogach już 10 kilometrów jest to całkiem zadowalający czas.
Czas na mecie 1 godzina 9 minut 56 sekund

I teraz nasunęła mi się pewna refleksja – krok zrobiony w tył, z głupoty, z totalnego zaniedbania, często mści się na nas bardziej niż nam się wydaje. Oczywiście ja poruszam tutaj temat sportowy, ale czy nie jest tak na co dzień w życiu? Czy pewne sprawy z uzależnieniem, pracą, rodziną, zdrowiem … sprawy, które zaniedbamy, robiąc głupi krok w tył, często są tak ciężkie do odratowania, że sukcesem jest dla nas powrót do tego co było kilka miesięcy czy lat temu – a gdybyśmy zamiast w tył poszli do przodu? Świadomi, zdeterminowani i z zaangażowaniem? Wszystko mogłoby wyglądać teraz inaczej.


Chciałem tutaj oficjalnie pogratulować także Filipowi, który zaliczył dzisiaj swój pierwszy w życiu bieg uliczny! Z czasem 1:19:06. Duma ogarnia tym większa, że Filip rzucił palenie 3 tygodnie temu, chodzi na treningi organizowane przeze mnie i co najważniejsze – zadeklarował się na Poznański Maraton na jesień, który i ja planuję przebiec! Genialnie! Ci, którzy mnie znają lub mieli jakąś ze mną styczność dobrze widzą, że motywowanie innych i ich sukcesy są dla mnie największą nagrodą. Życzyłbym sobie aby moje zaangażowanie w namawianie innych do aktywności fizycznej było tak owocne jak w przypadku Filipa! Bierzcie z niego przykład – nie od razu musicie stawać na starcie biegu na 15 kilometrów – ale zróbcie coś, co będzie Was kosztował więcej wysiłku niż zazwyczaj i pewnego przełamania bariery komfortu – satysfakcja gwarantowana! 

A już niedługo kolejne starty i co najważniejsze od jutra lub wtorku nowe buty <3