Bałtyk zawsze kojarzył mi się z koloniami, wyjazdami na Openera, drogimi goframi, zimnym morzem, Helem i milionem innych rzeczy, jednak nigdy nie kojarzył mi się z pływaniem po nim jachtem.

Miałem ogromną okazję spróbować czegoś, czego nigdy w życiu jeszcze nie robiłem, nawet sobie tego do końca nie wyobrażałem – jak można żyć na morzu. No bo jak? A jednak da się.

Wyprawę zaczęliśmy w Gdyni. Cała nasza grupa zebrała się w porcie. Jeszcze nikt nie wiedział co nas czeka.

Wszystkich nas było około 16 osób i ku wielkiemu naszemu zdziwieniu, jacht, na którym mieliśmy spędzić 4 najbliższe dni i noce nie wyglądał na taki, który byłby w stanie pomieścić nawet 8 osób. „Nie tak sobie to wyobrażałem” – taka myśl przeleciała mi przez głowę, jednak jestem osobą, która raczej do zaistniałych warunków przystosowuje się bardzo szybko.

Oczywiście jako jedyny nie zastosowałem się do wymagań odnośnie bagażu. Zakazane było zabieranie torby z plastikową skorupa – tylko ja taką miałem 😀 kapitan i oficerowie nie odpuścili z przekazaniem mi co o tym myślą 🙂 mały pocisk 🙂

No i wszystko się zaczęło! Pierwsza zbiórka. Podział na wachty (cały czas myślałem, że warty, no ale jednak nie 🙂 ). Trafiłem do pierwszej, co potem okazało się, tej, która najwięcej miała do roboty, ale na statku lepiej mieć co robić – dlaczego? to później. Tak więc po zapakowaniu 50 skrzynek jedzenia (myślałem, że będziemy głodować – a jednak jacht został wyposażony lepiej niż moja lodówka przez rok) zajęliśmy się przygotowaniem obiadokolacji dla wszystkich uczestników rejsu. Pozostali poszli skorzystać z ostatnich chwil na lądzie. Zostaliśmy podzielenie także na kajuty. Ehhh teraz gdy to piszę lekko się uśmiecham, jednak moja reakcja na 4 osobową kajutę, która miała maksymalnie miejsca 2,5 metra na 3 metry była dosyć zabawna 😀 zaczęły się warunki można powiedzieć spartańskie.

Zjedzone… ruszamy… (nawet raz zaserwowałem ekipie smoothisa <3 )

O żeglowaniu nie miałem żadnego pojęcia (ba! dalej nie mam haha) i wszystkie hasła rzucane przez kapitana były dla mnie czarną magią. Dzięki bogu byli oficerowi, którzy podpowiadali co mamy zrobić. Gdyby nie oni poszlibyśmy na dno szybciej niż Titanic. Żagle postawione, liny powiązane, wypłynęliśmy. Pierwsze 30 minut wszyscy zadowoleni, pozytywnie nastawieni. Pogoda nam sprzyjała. Bujało coraz mocniej jednak dalej byliśmy w zatoce i fale nie były jakoś dokuczliwe. Moja zmiana nawigowała, jednocześnie sprzątaliśmy po obiadokolacji. Cały czas coś do roboty – reszta miała „czas wolny” a jak na statku człowiek ma za dużo wolnego, zaczyna reagować na wszystkie bujnięcia.

Prawdziwe choroby morskie odezwały się gdy nasz jachcik wypłyną na otwarte morze, gdzie lądu nie widać ani po lewej ani po prawej. Wtedy poczułem co to znaczy „buja na morzu”. Na szczęście mój organizm zniósł to nawet znośnie, było jednak kilka osób, które zdecydowanie przeżyły jachtowanie gorzej niż ja. Najtrudniej było usnąć, jedyna możliwa pozycja w łóżku to leżenie na plecach. Tylko wtedy żołądek układa się w taki sposób, że nie zbiera Ci się na wymioty. Na szczęście byliśmy na tyle zmęczeni, że po około 30 minutach wszyscy spaliśmy.

Dzień na jachcie zaczyna się o 7:30 śniadaniem. Ekipa, która musi je przygotować wstaje wcześniej. Oczywiście byłem tym szczęśliwcem, który wstawał pierwszego dnia wcześniej, bo jakby inaczej 🙂 Po śniadaniu zmiana nawigacyjna (reszta śpi bo pilnowali kursu o nocy, tak więc z niektórymi osobami to mijałem się tylko na posiłkach)

Jak wygląda sprawa z toaletą? Hmmm prysznica za bardzo nie da się używać – ilość miejsca i zimna woda uniemożliwia odświeżenie się na morzu. Co będę ukrywał, umyliśmy się dopiero po 2 dniach w Ustce. Ubikacja natomiast działa w sposób następujący – napuść wody – załatw co masz załatwić – wypompuj pompką do morza 🙂 idzie przywyknąć.

A teraz czas na to po co tak naprawdę piszę ten post. Będąc na morzu, słysząc tylko wiatr, szum płynącego jachtu człowiek nabiera dystansu wtedy do wszystkiego co zostawił w domu. Czas płynie na morzu zupełnie inaczej. Wolniej. Jest czas na wszystko (oczywiście mówię o warunkach jakie nam się trafiły od drugiego dnia- słoneczko, słaby wiatr, ogólnie sielanka). Moment zachodzącego słońca zapamiętam na pewno na długo. Było to bardzo piękne doświadczenie. Tak samo jak prowadzenie jachtu.

Teraz kiedy siedzę przed komputerem, z głową już zajętą szkołą, znajomymi, pracą i innymi sprawami przypominam sobie jak czysty umysł od wszystkiego miałem tam na morzu. Nie powtórzę tego na pewno w tym roku, ani myślę za rok, ale na pewno kiedyś wrócę na otwarte morze. Pomimo, że jest to czasami ciężka praca, niezbyt dobre samopoczucie, niewyspanie, lekko zaburzona higiena osobista, to przeżycie jest warte wszystkiego. Powtórzę wszystkiego.

Poniżej kilka zdjęć z wyprawy 🙂